JUTRO PRZESTANIESZ MNIE BIĆ


JUTRO PRZESTANIESZ MNIE BIĆ


Wracasz popołudniowym autobusem. Ona siedzi obok ciebie. Spoglądasz na tę kobietę, która trzyma między nogami dwie kolorowe płócienne torby wypełnione po brzegi mlekiem, kaszą, serem, suszonymi grzybami, puszkami z żywnością, ziarnistą kawą dobrej jakości. Widzisz jak wypadają z niej dwa ziemniaki. Schyla się po nie, podnosi wypielęgnowaną dłonią ze starannym manikiurem. Czerwony, z płatkami śniegu. Bo idą święta. Być może właśnie wraca od kosmetyczki, obok był supermarket. Zrobiła zakupy. Zwyczajna kobieta – myślisz. Zadbana. Jej dom na święta będzie pachniał własnoręcznie ulepionymi pierogami i domowym sernikiem. Fajny ten dom.


Wtedy było ciepło

„(…) oskarżonego Damiana K. w ramach zarzucanego mu czynu uznaje za winnego tego że w okresie od dnia 20 grudnia 2010 roku do dnia 27 maja 2016 roku w M. woj. (…) znęcał się psychicznie i fizycznie nad swoją żoną Katarzyną K. (…) spowodował uszkodzenie ciała skutkujące trwałym kalectwem u Katarzyny K. (…)” – brzmi fragment wyroku, który Kasia trzyma w jednej ręce. W drugiej tli się papieros.
- We wrześniu tego roku Sąd Apelacyjny w Krakowie utrzymał wyrok. Tyle lat się go bałam. Dalej się boję. Wiem, że w ubiegłą środę miał stawić się w areszcie, ale tego nie zrobił. Zresztą, przecież jak go zamkną na trzy lata, to on tam nie będzie na wakacjach. Kiedyś wyjdzie. Ja mam różne schizy. Nie mieszkam od niego 100 km. Pamiętam ostatni raz jak go widziałam. Było wtedy ciepło, to chyba musiał być sierpień. Już od kilku miesięcy z nim nie mieszkałam. Byłam u lekarza
i zjeżdżałam windą na parter. Drzwi się otworzyły. Przed nimi stał on z tym swoim drwiącym uśmieszkiem. Byłam przerażona. Nacisnęłam nerwowo guzik. Drzwi się zasunęły, a on zniknął.


Ewelina bierze do ręki desingerski telefon. – Lubię ładne rzeczy. – uśmiecha się do mnie.
- Cześć skarbie? O której będziesz?
- Co robię? Ćwiczę nową choreografię, tę którą ci wczoraj pokazywała na YouTubie. – odpowiada bez zająknięcia. – Nie, nie przeszkadzasz.
- To do zobaczenia. Fajnie, że zrobisz zakupy. Dziękuję.
- Nie zawsze dobrze się czuje i ma siłę, by to zrobić – spogląda w moją stronę odkładając telefon. Jeszcze raz zerka na wyświetlacz nerwowo. – Znaczy ochotę. Teraz już wiem. Teraz wiem więcej, jestem mądrzejsza, bardziej przewidująca. Po 5 latach bycia z kimś można się go po prostu nauczyć. I nauczyć się nowej siebie. – mówi z dumą w głosie. - Zawsze chciałam być kimś ważnym, czułam że mam misję do spełnienia. Nie mogłam urodzić się ot tak, po prostu, po to żeby tylko żyć, a potem umrzeć zwyczajnie. Ja miałam być sławna, znana. Miałam błyszczeć. I często czuję, że wygrałam. Mój psycholog nazywa to syndromem bohaterki.


Magda kiedyś rozmawiała z mamą na temat śmierci. O tym w jaki sposób chciałyby umrzeć. Mama wyznała, że najbardziej obawia się choroby nowotworowej. Córka nie boi się raka, marzy o tym, by umrzeć. Najlepiej we śnie na zawał. Albo się zapić.
- Chcę takiej śmierci. Moje życie nie ma sensu. Przecież ja nic nie mam nawet dziecka. Wiktor codziennie mi przypomina o tym jak jestem beznadziejna. Jedyne co od niego słyszę to: „Ty pojebie”. Czasem wstydzę się wychodzić z domu jak mam siniaki. Ale dobrze, że to on mieszka u mnie. Jego znajomi opowiadali mi, że jego była mieszkała u niego i codziennie miała posiniaczoną
twarz. Ale teraz on już nie ma gdzie mieszkać. Wszystko stracił. Jest bezdomny, gruby i budzi we mnie wstręt jak leży w łóżku z tymi obwisłymi jajami. Bo wiesz, on śpi nago. Do tej pory żaden nagi facet nie wywoływał u mnie takiego obrzydzenia.
Kilka dni temu odwiedziła ich siostra Wiktora. Zapytała go, czy kocha Magdę. Odpowiedział, że nie. Magda się tym nie przejmuje, bo ona też go już nie kocha i mówi mu o tym. Mają układ. Ona mu daje dach nad głową, a on ją utrzymuje. Nawet seksu już nie uprawiają od wielu miesięcy. Byłoby w sumie w porządku, gdyby się tak nie czepiał o każdy szczegół. Kiedyś Magda źle mu nałożyła jedzenie na talerz. Musiała uciekać z własnego mieszkania. Nocowała wtedy u koleżanki.
- Po to wzięłam mieszkanie na kredyt, żeby mieć święty spokój. Teraz on płaci, bo ja nie mam dochodu. Myśli, że mu wszystko wolno. Powinnam stanąć na nogi, iść do pracy i wypieprzyć go. Wiem. Ale ja mu dziękuję, bo gdyby nie on, to nie miałabym teraz co palić. - Przerywa, by skręcić kolejnego papierosa. Strzepuje resztki tytoniu na dywan. - Boję się jak wraca, cały czas jestem na tabletkach uspokajających. Nigdy nie wiem czego się mogę po nim spodziewać. I myślę jak go przekonać, żeby dał mi 2 zł na piwo.
- Daje?
-Nie, nigdy. Ale myślę, co zrobić żeby mi dał. Ja piję przez niego. Wiktor to najgorszy człowiek jakiego spotkałam w swoim życiu. Marzę o tym, żeby się nawalić do nieprzytomności.


Wypalone dziury

- Koleżanka złożyła doniesienie do prokuratury. Opowiedziałam jej wszystko, kiedy odwiedziła mnie w szpitalu. Wściekłam się. Po gówno wtrąca się w moje sprawy. Zerwałam kontakt. – wspomina Kaśka. Nie ma już śledziony. Usunęli ją wtedy w szpitalu. Damian ją kopnął z całej siły. Bolało. Straciła przytomność. Pamięta tylko jak przyszedł jeden raz z najpotrzebniejszymi rzeczami. Nie patrzył na nią. Wierzyła, że wszystko się ułoży jak tylko wróci do domu. Jest zmęczony, przecież zostawiła go samego z piątką dzieci. Gdy tak leżała zamartwiając się, przyszła Gosia, jej wieloletnia przyjaciółka.
- Coś we mnie pękło. Musiałam to z siebie wyrzucić. Czułam się taka winna i jednocześnie tak bardzo samotna. Zaczęłam jej opowiadać. O kłótniach, wyzwiskach, o tym jak znika z domu na dni, tygodnie. Jak bije. W końcu jak kopnął za mocno. – Poprawia narzutę na kanapie, pod którą wyraźnie widać dziurę od papierosa. Odpala kolejnego. – Ja to jaram jak szalona kiedy tylko dzieci zasną. Zamykam się w tym pokoju i otwieram balkon na oścież. Grzebię w necie i palę jednego od drugiego. Wypaliłam dziurę w kanapie – śmieje się naciągając coraz bardziej materiał zadrukowany stokrotkami, jakby świeżymi, zerwanymi prosto z letniej łąki. – Potem w nocy mi zimno, to się mocno przykrywam. Koło piątej wstaję i zamykam balkon. Boli mnie gardło od tego jarania. Ale zima, to nie chcę wychodzić na zewnątrz, ale żeby też potem dzieciakom nie śmierdziało. A no i ja się na Gośkę obraziłam. Po co szła z tym do prokuratury. Ja w szpitalu powiedziałam, że spadłam
z krzesła. – ciągnie dalej opowieść. – Jakiś czas temu byłam u niej, przeprosiłam. Pogodziłyśmy się i przyjaźnimy dalej.


- Jesteś zero! Nikt cię nie chce! – krzyczy Sebastian i zaraz potem pluje obficie prosto na twarz leżącej na podłodze Eweliny. Ona przeciera dłonią mokrą już wcześniej od łez buzię.
- Myślałam ryj, morda. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze, byłam odrażająca. Te podkrążone oczy, opuchlizna na twarzy, czerwone plamy, których nawet mocny korektor nie chciał zatuszować. - Spoglądam na ładną, zadbaną i promienną cerę mojej rozmówczyni. Mimo że dobiega 50-tki praktycznie nie ma zmarszczek.
- Wiem, wiem, nie patrz taka zdumiona. Wzięłam się w garść. Jestem silniejsza. Wtedy jak mnie opluł, to zgłupiałam. Poważnie. Wcześniej bywał nieprzyjemny, ale nigdy nie posunął się do wyzwisk, czy najmniejszego ataku fizycznego wobec mnie. Skarżył się na ciągłe migreny, więc żal mi go było. Miał prawo do bycia opryskliwym. A ja powinnam okazać się wyrozumiała. Zawsze powtarzał, że jestem taka dobra. – Ewelina przerywa, by wytrzeć mokrą szmatką ślady po mleku, którego właśnie nalała nam do parującej kawy. Mleko starannie zakręciła i odłożyła do lodówki. Szmatkę wypłukała w ciepłej wodzie, wykręciła i odłożyła do koszyczka obok płynu i gąbki do naczyń. – Nie patrz tak, on mnie nie bije za bałagan. To mój sposób na przetrwanie. Ma być idealnie. Sebastian uderza, gdy akurat ma na to ochotę. Wyzywa, bo tak. Przed ślubem nawet „kurwa” nie powiedział. Zresztą „do dupy” to było okropne przekleństwo, musiałam się pilnować, by nie używać w jego obecności niecenzuralnych słów. Myślałam, że taki porządny człowiek, nie przeklina, nie pali, z kumplami się nie włóczy. Chciał, żebym robiła tak samo. Trudno mi było się dostosować, bo czasem przeklęłam siarczyście. Jestem instruktorką tańca, to normalne w mojej branży. Spotkania towarzyskie, imprezy zakrapiane alkoholem, czasem papieros do drinka. Cóż, nim poznałam Sebastiana, byłam przez kilka lat singielką. Prowadziłam normalne życie, może trochę bardziej szalone z racji wykonywanego zawodu.


Z Panem Bogiem”

Magdzie się nie udało. Gdyby związała się z Adrianem jej życie mogłoby być piękne. On jest takim dobrym ojcem, do tego przystojny. Jego żona ciągle w delegacjach, a on w nocy lepi pierogi, bo dzieciom się na obiad zachciało. Dla Magdy też jest dobry. Spotykali się kilka lat temu, teraz to już przeszłość. Jednak kilka dni temu potrzebowała pieniędzy. Nie wiedziała do kogo zadzwonić. Przypomniał jej się Adrian. Odebrał od razu. Godzinę później już był pod jej blokiem. Nie dość, że kupił podstawowe produkty do jedzenia i piwo, to jeszcze wręczył 50 zł. Powiedział, że odda kiedy będzie mogła.
- Wiem, że to głupie, ale mam nadzieję, że może kiedyś będziemy razem. Gdybym tylko miała odpowiedniego mężczyznę u swojego boku, to wszystko byłoby inaczej. Na Wiktora nie mogę liczyć. Zostawia mnie bez grosza, bo mówi, że wszystko przepiję i przepalę. Przestałam pracować, ponieważ ostatnia moja praca to był czysty wyzysk. Do tego szefowa obrzucała podwładnych wyzwiskami. Nie pozwolę sobie na takie traktowanie. Zwolniłam się.
Skręca sobie papierosa. Palce ma pociemniałe od tytoniu. Włosy w nieładzie. Jasnoszary dres z pomarańczowymi plamami na rękawach. Kiedyś dbała o siebie. Nawet Adrian jej o tym przypomniał, martwi się. Czasem dzwoni.
- Aga, robiłaś kiedyś paprykę konserwową? Kiszone ogórki robiłam, ale nigdy nic konserwowego. Przyniósł mi, kurwa, 2 kilo tej zasranej papryki i kazał konserwować. Od mamusi swojej. Zawsze kiedy z nią gada, to żegna się słowami „Z Panem Bogiem”. To jest najgorsze. A, no i dobra, to zamarynowałam tę paprykę. Staram się robić jak on chce. Pół dnia latałam po sąsiadkach
i dzwoniłam do znajomych, jak się taką marynatę przyrządza. Zrobiłam 5 słoików. A on jak wrócił z pracy, to zapytał: „Coś ty cały dzień robiła pojebie?”
Wiktor jest pierwszym mężczyzną, z którym Magda zamieszkała. Jest od niej starszy o prawie trzydzieści lat. Przypominał jej ojca, taki troskliwy, opiekuńczy, zawsze dbający o to, by regularnie jadła, nie piła za dużo alkoholu. Kiedy się wprowadził to posprzątał jej mieszkanie. Magda sprzątać nie lubi. Zapełniał lodówkę po brzegi, a potem zamieszczał zdjęcia z jej zawartością na swoim facebookowym koncie.



- Gośka jeszcze w szpitalu mi powiedziała: Zobaczysz, wyjdziesz, a on powie, że ci nic nie zrobił. Wyszłam. – Kto ci uwierzy, słowo przeciwko słowu – usłyszałam. Na sprawie karnej sam się pogrążył. Powiedział, że żartowaliśmy sobie, a on mnie lekko nogą trącił w plecy. Chwilę wcześniej zeznał, że tego wieczoru bardzo się kłóciliśmy. Sędzia mu nie uwierzyła.
Kaśka przed wyprowadzeniem się ze wspólnego mieszkania założyła Damianowi niebieską kartę. Kiedy wyszła ze szpitala on zaczął znikać z domu. Wracał zawsze po kilku dniach, tygodniach i znowu wychodził. Przynosił ze sobą brudne ubrania, a zabierał czyste i wyprasowane.
- Żebrałam, żeby był w domu. Prałam mu te ciuchy. W lutym zniknął na dobre. W kwietniu pokazał się na chwilę i zaczął mnie dusić. Po tej sytuacji założyłam mu niebieską kartę. Aż do samego końca nie wiedział, że się wyprowadzę.
Katarzyna próbowała popełnić samobójstwo w maju 2016 roku. Z urzędu wszczęto postępowanie. Jej mąż przedstawił ją jako złą matkę, która nie dba o dom i dzieci. To on pierze, prasuje i wypełnia wszystkie domowe obowiązki.
- Mało nie zemdlałam jak mi te akta pokazali. Umówił się z moim pierwszym mężem, że odbiorą mi dzieci. Chcieli zrobić ze mnie wariatkę. Oboje pojechali do szpitala psychiatrycznego i odebrali dokumentację medyczną. Damian miał do tego prawo, sama go wcześniej wskazałam jako osobę upoważnioną. Potem przed salą sądową mówili z drwiną: „Po ile karteczek z psychiatryka sobie wzięliśmy?” Ja miałam kuratora, bo się leczyłam przez niego. To ja musiałam się tłumaczyć, że nie jestem wariatką, żeby mi sąd dzieci nie odebrał. Dobrze, że ta sędzia z karnej mi wierzyła.


- Do psychologa już nie chodzę. Po co? Nie chcę już nikomu dupy zawracać moimi problemami – stwierdza Ewelina. – Przecież ludzie wysłuchają, nawet próbują pomóc. Potem widzą, że nadal funkcjonujesz w tym układzie. Zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmyślasz, przecież on jest taki miły i uczynny. Inni myślą, że mają do czynienia z wariatką. Normalne i szanujące się kobiety odchodzą od swoich oprawców. Zresztą, one w ogóle w takie związki nie wchodzą. To podobno świadczy o silnej psychice. Jestem więc słaba, pewnie też szalona. I żeby chociaż wobec siebie zachować trochę godności, przestałam mówić komukolwiek. Może jestem wariatką o trochę mniejszym stopniu nasilenia niż te, które ciągle paplają, a jednocześnie nie zmieniają swojej sytuacji. Może tylko dla siebie, ale tyle wystarczy, żeby przeżyć. – Ewelina bierze krem do rąk, nakłada odrobinę na dłonie i dokładnie wciera. – Ze śluzu ślimaka, odmładza skórę. Jak wyjdę z tego, to chociaż skórę chcę mieć mniej zużytą niż moja psychika. Bo z tego się wychodzi, jak z alkoholizmu czy narkomanii. Tylko trzeba chcieć. Przychodzi taki dzień i wiesz, że to już koniec, nigdy więcej tego nie tkniesz. Ja go ciągle tykam – śmieje się z ironią.


Ja też mam marzenia

Kasia marzy o tym, by wyprowadzić się na drugi koniec Polski. Końcem roku szkolnego rozmawiała z ciotką, która mieszka w Szczecinie. Jednak do przeprowadzki nie doszło. Dwójka
z jej dzieci jest pod stałą opieką psychologa, córka ma kuratora. Ona sama nie pracuje.
- Tu wszystko wiem, znam ludzi, sama przez lata pracowałam przecież w OPS -ie. Z Szymkiem wyszła nadpobudliwość. Zmiana szkoły dla dzieciaków nie jest wskazana. Starzy nie bardzo chcą, ale jak trzeba, to przyjdą posiedzieć z dziećmi. Pyskują, ale zostają. Tam byłabym zdana sama na siebie. Ciotka i kuzyni mają swoje życie, swoje sprawy. Parę dni temu spotkałam taką jedną babkę w sklepie. Zapytała, czy ją pamiętam. Jak jeszcze pracowałam w OPS-ie, to poradziłam jej, żeby notowała każdego dnia, co mąż-kat jej robi. Każde popchnięcie, uderzenie, szarpaninę. – Przymyka drzwi balkonowe i mocniej naciąga na dłonie gruby turkusowy sweter. – Na początku jak tu zamieszkałam, to czułam taki spokój kiedy szłam w nocy do kibla. Wiedziałam, że go nie ma i już nie muszę na niego czekać.



Magda postanowiła zakończyć ten związek zaraz po Nowym Roku. Zależy jej, by spędzić
z kimś Sylwestra. W zeszłym roku po raz pierwszy świętowała go w towarzystwie. Był Wiktor
i jego znajomi. Otworzyli szampana, śmiali się, było całkiem miło.
- Zawsze byłam sama. Zwłaszcza w takie dni. Każdy mój partner był żonaty, bo ja miewałam tylko romanse. Nie wiem na co liczyłam, że odejdą od tych żon. Piotr nie zdążył. Zmarł dwa lata temu. To była miłość mojego życia, do tej pory nie mogę się otrząsnąć, piję jeszcze więcej. Załamałam się. Staram się być codziennie na jego grobie. Po wizycie na cmentarzu czuję takie oczyszczenie jak po spowiedzi świętej, gdy byłam małą dziewczynką. Boje się samotności. I ciemności. Nie boję się śmierci, bo śmierć jest lepsza. Chcę już być po tamtej stronie, tylko co jeśli tam niczego nie ma? - zastanawia się przez zaciśnięte ciemne od nikotyny zęby. Wstaje, strzepuje popiół ze spodni i podchodzi do lodówki. Wyjmuje butelkę piwa. Pije powoli, z namaszczeniem. - Musi mi starczyć do popołudnia. Wiktor może mi da dwa złote. To kupiłam jeszcze za pieniądze od Adriana. On jest naprawdę dobrym człowiekiem, nie takim jak Wiktor. Ale ja potrzebuję bliskości, lubię się do kogoś przytulić w nocy, no i dobrze gotuje, znaczy Wiktor. Chociaż jak piję, to nie jem. Przez jakiś czas piłam bezalkoholowe, bo tak chciał. Ja robię zawsze jak on chce. Trzeba było udawać, że mi smakuje. Ale już mam to w dupie. Krzywdzę tylko siebie. A o tym romansie z Piotrem to wiedziała jego żona, no i moja mama też. Mówiła, że robię pośmiewisko z całej rodziny. To właśnie wtedy się rozpiłam.


Największym pragnieniem Eweliny jest odnieść sukces zawodowy. Od lat ciężko pracuje, kończy różne szkolenia z zakresu technik tanecznych, choreografii i kompozycji tańca. Często pracuje w weekendy. Jest zmęczona. Jedyne czego chciałaby po powrocie to spokój.
- Kiedyś wróciłam po 14 godzinach pracy. To ciężka praca wyczerpująca psychicznie i fizycznie. Następnego dnia od 6 rano miałam zaplanowane zajęcia. Musiałam przygotować jeszcze kilka rzeczy. Sebastian czekał na mnie przed domem. „Co ty kurwo sobie myślisz? Że możesz tak włóczyć się nocami gdzie ci się podoba?”- wrzeszczał. Uderzył mnie w twarz, szarpał za włosy. Krzyczał przy tym, że i tak jestem paskudna, więc mi nie zaszkodzi. Wyrwałam się i zaczęłam biec przed siebie, najszybciej jak potrafiłam. Biegłam tak i biegłam. Moją jedyną myślą było, żeby biec. Oprzytomniałam kiedy znalazłam się jakieś 7 kilometrów od domu. Bez torebki, telefonu, pieniędzy. Wróciłam.



Ludziom gęby nie zamkniesz

- Darł się na mnie jak zobaczył walizki. Że gdzie ja idę z dziećmi – wspomina Kasia. – „Niedaleko. Dojedziesz autobusem”, powiedziałam. Chciał pieniądze za lodówkę, którą sprzedał jak zamieszkaliśmy razem, za jakieś meble.
W Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno Konsultacyjnym (RODK) zasugerowano kontakt dzieci
z ojcem raz w tygodniu. Damian domagał się kontaktu z nimi, twierdząc, że matka ma zaburzenia psychiczne, a z dziećmi nie łączy ją więź emocjonalna. Katarzyna przeszła szczegółowe badania psychiatryczne.
- Od tamtego czasu raz był u dzieci. Zeszłam z nimi na plac zabaw, gdzie czekał. Akurat miałam taki pomarańcz na głowie, strasznie się cieszyłam z tego, bo jak byliśmy razem to często mówił do mnie: ty ruda pizdo. Dzieciom zmieniłam nazwisko na moje panieńskie. Matka ma do mnie o to pretensje. Ciągle mi mówi: „ a miał być taki najmądrzejszy, najinteligentniejszy”. Najważniejsze dla niej jest to, co ludzie powiedzą. No a ludziom gęby nie zamkniesz.


Najbardziej ze wszystkiego przeraża Magdę to, że mama odda ją na leczenie do ośrodka odwykowego. Kilka lat temu częściowo ubezwłasnowolniła ją. Art. 16 §1 k.c. określa, że osoba pełnoletnia może być ubezwłasnowolniona częściowo z powodu choroby psychicznej, niedorozwoju umysłowego albo innego rodzaju zaburzeń psychicznych. Chodzi w szczególności
o pijaństwo lub narkomanię. Magda potrafiła wówczas wypić litr wódki w samotności, cierpiała na delirium alkoholowe. Matka nie wytrzymała sytuacji i wszczęła kroki prawne przeciwko córce.
- Zadzwoniłam do mamy kiedyś w nocy, po tym jak ten chuj znowu mnie uderzył. A on zaraz po mojej rozmowie wysłał do niej zdjęcia pustych butelek po piwie. Robi ze mnie pijaczkę. Wszystkim o tym opowiada. A ja mu jeszcze robię zasrany warkoczyk z tych jego resztek włosów. Jak debil wygląda.


Do lipca komornik sądowy skutecznie egzekwował alimenty zasądzone na rzecz małoletnich dzieci Katarzyny i Damiana. We wrześniu, na wniosek Katarzyny, wydał zaświadczenie o bezskuteczności egzekucji świadczeń alimentacyjnych.
- Do lipca musiał gdzieś robić. Teraz zniknął. Kiedyś koleżanki mówiły jeszcze, że gdzieś tam go widywały. Teraz żadna nie widziała, nic nie słyszała, nic nie wie. Raz tylko na wsi u niego ktoś gadał, że dziewczyna, z którą się spotykał jest z nim w ciąży. Podobno we wrześniu miała rodzić. Przecież dziecka by nie zostawił, musi gdzieś tu być – zastanawia się Kasia. – Ja już rozpoznaję kłamców z daleka. Teraz ten, co z nim byłam niedawno, raz mnie okłamał. To był koniec. Nie odezwałam się więcej, on też nie szukał kontaktu. Terapeutka mówi, że po czymś takim będę miała ciężko.
W ubiegłą niedzielę Kasia odwiedziła koleżankę. Podczas wizyty między tamtą a jej mężem wywiązała się kłótnia. Zrobiło się jej niedobrze, zaczęła się trząść i zwymiotowała.
- Pewnie są fajni faceci, słyszy się o takich. Nie wiem. Ja takiego nie spotkałam.






Jeśli nadejdzie jutro

Ewelina stawia przede mną już drugą kawę. W najmodniejszej szklance, ze złoconą łyżeczką. Poprawia starannie ułożone dzisiejszego ranka przez fryzjera włosy. Umówiła się na 6.30. Pan Emil przychodzi tak wcześnie tylko dla niej. Nie chce tracić dnia, ma mnóstwo zaplanowanych zajęć. Ani chwili wypełnionej oglądaniem telewizji, bądź zwyczajnym nicnierobieniem.
- Ja odpoczywam pracując. Im więcej mam pracy, tym mniej czasu na myślenie. Bo niby o czym mam myśleć. O tym, czy dziś wieczorem oberwę. O tym, że spieprzyłam sobie życie. Czasem przed zaśnięciem, jeśli jeszcze mam siłę i nie zasnę od razu, myślę jak to będzie kiedy już go zostawię. Kiedyś na pewno od niego odejdę, kiedyś będę wolna, kiedyś przestanie mnie bić.


Odpala już chyba dziesiątego własnoręcznie skręconego papierosa.
- Tak jest taniej. Ale palę ich więcej, bo mniej czuję. Pewnie, że wolę gotowe. Zaraz będę miała – mówi już z uśmiechem Magda. Wpatruje się w drzwi wejściowe do mieszkania, brązowe, całkiem zwyczajne i trochę odrapane. – Przyjdzie Aśka, moja kumpela. Ona jest taka śliczna. – Pokazuje jedno z instagramowych zdjęć, z których figlarnie spogląda młoda szatynka. – Była wczoraj. Całowałyśmy się. Nie jestem lesbijką. Ale jak przychodzi Aśka to wszystko może się zdarzyć.


- Dzieci pedagogów są ułożone. Wystarczą proste zasady. To są dzieci z normalnych domów, a nie takich z deficytami. – usłyszała wczoraj Kasia od wychowawczyni Szymka.
- Wkurwiona jestem. Wyszłam. Kupiłam prezenty na mikołajki. Na nic nie mam czasu. – mówi obojętnym tonem poprawiając narzutę na przepalonej papierosem kanapie.




Tydzień po naszej rozmowie Magda rozstała się z Wiktorem. Jeszcze przed Nowym Rokiem. Zadzwoniła do mnie i zapytała, czy dobrze zrobiła.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

NIE DLA ZAOSTRZENIA USTAWY ANTYABORCYJNEJ